RECENZJA: Tomasz Witkowski, „Zakazana psychologia”, t. III

zak_psych_okl_6-3a

Nakładem wydawnictwa Bez Maski ukazał się właśnie trzeci tom „Zakazanej psychologii”, autorstwa Tomasza Witkowskiego. Autor podejmuje w niej temat rozmaitych problemów, z jakimi mierzy się dziś psychologia. Od fundamentalnych kwestii metodologicznych, przez naukowe oszustwa, aż po głęboko zakorzenione, ale niewłaściwe sposoby myślenia. Lektura to fascynująca i skłaniająca do refleksji, którymi dzielę się niżej.

Gdy pytam kogoś czym się interesuje często, obok innych tematów, wymieniana jest psychologia. To ciekawe, bo dużo rzadziej słyszę  by ktoś wymieniał na przykład pedagogikę czy etnologię. Utarło się, że o psychologii każdy ma coś do powiedzenia. Czasami pytam więc jaką to konkretne psychologią interesuje się mój interlokutor. Często okazuje się, że jest to psychologia poradnikowa w rozumieniu książek Superniani albo coś w stylu „Zostań dobrym szefem w tydzień”. Dużo rzadziej słyszę, że ktoś interesuje się konkretną szkołą czy teorią. Najrzadziej chyba jednak mam do czynienia z osobami, które interesują się psychologią w sposób refleksyjny – nie tylko przyswajając dane treści, ale także konfrontując je z innymi poglądami, poszukują badań, które by je podważały.

Tomasz Witkowski w swojej najnowszej książce, trzecim tomie „Zakazanej psychologii” (Wydawnictwo Bez Maski, 2019) pokazuje, że niektóre bardzo rozpowszechnione poglądy z dziedziny psychologii są albo błędne albo nie mają dostatecznego uzasadnienia, to znaczy nie zostały udowodnione w sposób, który uprawniałby podawanie ich jako prawdę. Rozpatrzmy następujące zdania:

  • Niedobrze jest tłumić w sobie emocje
  • Stres odpowiada za większość przypadków zawału
  • Psychoterapia ma potwierdzoną skuteczność

Wszystkie te zdania łączy jedno – choć powszechnie uważa się je za prawdę, nie mają przekonującego poparcia w wynikach badań naukowych. Choć napisano wiele artykułów, które biorą je za pewnik, wypowiadali się w nich „eksperci”, ilustowano je „przykładami z życia”, systematyczne i rzetelne badania nie są z nimi zgodne.

Dla mnie, jako socjologa zajmującego się między innymi procesami oceniania, niezwykle interesujące jest to, że istnieją praktyki, których mimo licznych i przekonujących argumentów nie udaje się zmienić, co może być wytłumaczone jedynie czynnikami społecznymi – albo siłą przyzwyczajenia do działania w pewien sposób, albo pozanaukowymi korzyściami, które z tego płyną. Przykładem, kładącym zresztą cień na bardzo wiele badań prowadzonych w psychologii, jest kwestia istotności statystycznej. Witkowski pokazuje w książce, powołując się także na ustalenia wybitnych statystyków, że stosowane w psychologii miary istotności statystycznej pozwalają na wysokie prawdopodobieństwo formułowania nietrafnych wniosków. Mimo, że samo rozumowanie które stoi za wątpliwościami w tym zakresie nie zostało poddane krytyce, nie wpłynęło ani na autorów, ani na redakcje ważnych psychologicznych czasopism, aby stosować bardziej rygorystyczne testy istotności.

To wszystko prowadzi mnie do pewnej refleksji na temat popularyzacji wiedzy – szczególnie w czasach, gdy popularyzacją zajmują się również blogerzy. Refleksję tę kieruję więc także do siebie. Pytanie jakie możemy sobie postawić i brzmi w sposób następujący: co jest takiego w nauce, że warto ją popularyzować? Mam wrażenie, że wielu popularnonaukowych blogerów skupia się na aktualnych wynikach nauki i aktualnym stanie wiedzy.

Pierwsze podejście polega po prostu na popularyzacji „naukowych newsów”. Gdy pojawił się artykuł o tym, że inteligencja dodatnio koreluje z mówieniem słów niecenzuralnych, możemy się spodziewać że zaleje nas fala artykułów: „Przeklinasz? Naukowcy twierdzą że musisz być inteligentny!”, „Przeklinanie to oznaka inteligencji” itd.

Wyższy poziom popularyzacji polega na sprawozdawaniu tego, co uważane jest obecnie za prawdę. Aktualny stan wiedzy to oczywiście nie pojedyncze badanie, ale pewna konstrukcja mająca u podstaw wiele różnych badań, które w oczach osób, które mają największy decyzyjny wpływ na dyscyplinę układają się w pewien wzór.

Niestety, popularyzowanie tego typu wiąże się z pewnymi problemami. O ile jedno badanie można bez większego problemu odrzucić, o tyle coś, co weszło do kanonu wiedzy odrzucić dużo trudniej. Wszelkie wątpliwości zbywa się więc odwołaniem się do autorytetu – „nie można podważać tego poglądu, przecież wygłosił go tak znany profesor”, albo powszechnej zgody: „taki jest dzisiaj konsensus, wiele towarzystw naukowych tak twierdzi”. Stąd już tylko krok do popularyzowaniu nauki jako nowej religii, która składa się z kaskady dogmatów które należy wykuć na blachę i odtwarzać.

Dla mnie najwartościowszą częścią nauki jest jej metoda, przynajmniej deklaratywna oparcie się na racjonalnym rozumowaniu, chłodnej, jasnej i jawnej argumentacji, a także pewnych sposobach zapobieganiu temu, żeby emocje brały górę na racjonalnym wywodem. To właśnie metoda pozwala odsiewać ziarno od plew, a czasami poddawać w wątpliwość nawet najbardziej zdroworozsądkowe tezy, które po skonfrontowanie z rzeczowymi argumentami nie dają się utrzymać w mocy.

Stety lub nie, mechanizmy zapobiegania rozmaitym aberracjom i patologiom są mechanizmami społecznymi, a więc nawet one same podlegają prawom działania naszej niedoskonałej natury. W książce Witkowskiego znajdziemy dużą liczbę przykładów na to że racjonalna argumentacja nie zawsze przedostaje się do nauki w takim natężeniu na jaki by zasługiwała, że interesy wpływowych organizacji oraz naukowców o powszechnie uznanym dorobku, który z trudem daję się obronić pod nawałem krytyki, czasami biorą górę.

Książka Witkowskiego pokazuje, że nie. Istnieje ogromna ilość badań obarczonych błędami, które stają się popularne za sprawą czynników innych niż ich wartość poznawcza, może to być umiejętność zjednywania sobie ludzi i robienia wokół siebie pozytywnego PRu jak w przypadku słynnego eksperymentu więziennego Philipa Zimbardo, a może to być także praca kolektywna związana z wzajemnym popieraniem się grupy naukowców.

Recenzowana pozycja była dla mnie interesująca także jako odsłaniająca kulisy funkcjonowania nauki. Kulisy funkcjonowania tego, co nie zawsze jest dla czytelnika czasopism naukowych jasne i widoczne. Nauka potrzebuje sceptycyzmu i każdy odpowiedzialny interpretator wyników naukowych musi być w ten sceptycyzm wyposażony. Dlatego też uważam, że „Zakazana psychologia” powinna być uznana za lekturę podstawową dla wszystkich osób interesujących się psychologią. Dokumentuje bowiem nie tylko przygodne wady psychologii, ale także coś bardziej podstawowego – a mianowicie sposoby, w jakie środowisko te wady ignoruje, konserwując nieprecyzyjne metody i niepewne hipotezy. Jeżeli czytelnik ma przed sobą wyidealizowany obraz naukowców, którzy ze wszystkich sił dążą do zgłębiania prawdy – srogo się rozczaruje. Nie oznacza to oczywiście, żeby wylewać dziecko z kąpielą, a całą psychologię z wieloma ważnymi odkryciami. Chodzi raczej o to, by na ile jest to możliwe sprawdzać jak ideały metodologiczne funkcjonują w rzeczywistości.

Nauka jest trudna i nie ma archimedesowe go punktu, który komukolwiek gwarantowałby obiektywny widok wszechwiedzącego obserwatora. Przekonania uznawane za pewne zmieniają się w czasie i zmieniać się będą. Tym, co jesteśmy w stanie zrobić, to sceptycznie i z dystansem spoglądać na odkrycia naukowe, poszukiwać tego co je weryfikuje lub falsyfikuje.

5 comments

  1. Psychoterapia nie ma potwierdzonej skuteczności? 🙂 Witkowski dalej w swoim świecie odporny na wszelką argumentację, ale co się dziwić broni swojego interesu.

    Polubienie

      1. https://tomwitkow.wordpress.com/2014/12/07/zgnile-jablko-w-beczce-psychoterapii/#comments

        Już to kiedyś zrobiłem. Argumentacja Witkowskiego na poziomie „czytaj moja książkę”, bez żadnego odniesienia do badań zarówno w książce jak i w dyskusji, pokazała mi że nie ma po co z tym człowiekiem dyskutować.

        Ale dla Pana wrzucę jeszcze parę linków do badań o których założę się ze w nowej książce Witkowkiego nie ma słowa. W najlepszym wypadku jest tylko jedno badanie dotyczące krytyki psychoterapii Eysencka z lat 50tych. Nie mam zamiaru nowej książki czytać bo wątpię żeby poziom krytyki od części pierwszej się zmienił

        Polubienie

Odpowiedz na lukaszremisiewicz Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s